rezerwacje@nautica.pl 12 626 00 36 wew. 12, pon-pt godz. 9-17
Top
 

Poza zasięgiem czyli – nie musisz dopłacać za święty spokój ;) – safari nurkowe na dalekie południe

BLOG

Poza zasięgiem czyli – nie musisz dopłacać za święty spokój ;) – safari nurkowe na dalekie południe

Jak zwykle w środku nocy (ci, którzy planują godziny lotów do Marsa Alam nie mają litości…) przebiegliśmy kurcgalopkiem od wejścia na lotnisko po sklep wolnocłowy, dając się po drodze wielokrotnie prześwietlić, zważyć i przepakować oraz nabywając sporo dóbr płynnych. Padłszy ostatecznie na zimne i niewygodne siedzenia przed „gejtem” komentowaliśmy okoliczności. A tłum – obdzieciony, a co za tym idzie zapłakany (dzieci) i poirytowany (dorośli) przewalał się falami. My – dziki luz. Zwłaszcza, że mieliśmy za sobą powitania po długim niewidzeniu w zacnym gronie stałych bywalców oraz pierwsze, nieśmiałe próby spożycia napitków.

Tak, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy wylądowaliśmy w Marsa Alam w temperaturze plus 26, w pełnym słońcu, w zimowych butach. Zgarnięci przez załogę łodzi, po 20 minutach jazdy busami znaleźliśmy się w Port Ghalib, gdzie wpadliśmy na łódź Hammerhead, zrzuciliśmy buty i tak zostało na cały tydzień. Następnie rozpełzliśmy się po kajutach, gigantycznym salonie oraz niemniej wielkich pokładach rekreacyjnym i słonecznym. Odkarmieni, zalegliśmy w oczekiwaniu na resztę ekipy, która miała przybyć z Wrocka, Warszawy, Budapesztu i Amsterdamu. I obudziliśmy się na następny dzień rano. Śniadanie – MISTRZ! Okazało się, że Hammerhead ma genialnych kucharzy, a to co z nami wyprawiali w kwestii falafeli, pieczonej kaczki, zapiekanych bakłażanów, ciast z bitą śmietaną, musów i galaretek wołało O POMSTĘ DO NIEBA. Po dwóch dniach ustaliliśmy, że przywozimy 2 kg więcej statystycznego Polaka do kraju i nie będziemy się już stresować tyciem.

Pierwszy dzień upłynął nam na briefingu łodziowym, o którym Piotr Stós mawia, że nie będzie trwał dłużej niż trzy godziny (i często ma rację) oraz dwóch lajtowych nurkowaniach, po których nastąpiło clou czyli spotkanie integracyjne z krótkimi autoprezentacjami i powtarzaniem imion wszystkich uczestników. Nasi stali goście, wiedząc co się święci, starali się usiąść jak najbliżej Piotra, od którego zaczyna się zwykle zabawa, bowiem powtórzenie wszystkich 28 imion nie jest wcale łatwe. Kreatywni zapisywali kolejność imion w telefonach. Poszło migusiem i od tej pory coraz rzadziej słychać było na pokładzie „ej, ty” 😉 Przy okazji rozmawialiśmy o powodach, dla których tu przyjechaliśmy. Najczęściej powtarzającym się schematem było – żeby mieć trochę świętego spokoju… To akurat udało się zrobić bardzo szybko, bo nie udało się nam połączyć z routerem. Stopniowo zapomnieliśmy która godzina, jaki dzień tygodnia i jak wygląda świat połączony z siecią. Wszystko stało się jednym wielkim zanurzeniem w ciepły, bezpieczny, kolorowy sen o rafie. Rybki w paseczki, rybki w kropeczki, rybki z dzióbkiem, tunele i korytarze – esencja trasy St John’s; falujące korale miękkie, rozłożyste akropory, trafił się tu i tam i pięknie porośnięty wraczek…

Łódź okazała się być nie tylko ogromna, ale też bardzo wygodna, a pokład nurkowy – dwa razy większy od tych na innych łodziach – wyposażono w wieszaki na pianki i miejsce na płetwy przy każdym stanowisku. W salonie było kilka stołów i mnóstwo miejsc do rozłożenia sprzętu fotograficznego, co wkrótce miało się stać naszym przekleństwem;)

Co rano o 5:30 budziło nas pukanie do drzwi, wstawaliśmy rześcy i gotowi aby wykonać szereg wygibasów Misiajogi (czyli jogi prowadzonej przez Miśkę) a po pierwszym nurze paść na materace i pogrążyć się w kolejnej porcji snu.
Pomału świat podwodny przejął nad nami władanie. Pływaliśmy leniwie, przyglądaliśmy się patelnicom nakrapianym i murenom (a i one nam – z wyraźną niechęcią) obserwowaliśmy meandry na napoleonach i czekaliśmy na pierwsze wizyty rekinów. Tylko dwa razy musieliśmy płynąć kołyszącą łodzią po kilka godzin, aby dostać się z Marsa na rafy Świętego Jana i z powrotem na Fury Shoals. Ilość spożywanego Dramenexu wzrastała wtedy gwałtownie. Niektórzy załatwiali sprawę choroby morskiej krótko – przechodząc na głodówkę, inni nie opierając się pachnącym potrawom cierpieli z godnością przez pół dnia, dopóki błędnik nie odpuścił.

Zmagania kursu foto rozpoczęły się wykładem Piotra o ekspozycji, przy czym w ogromnym salonie nawet nasza wyjątkowo liczna grupa fotografów czuła się nieco zagubiona. – No cóż, podsumował Piotr – chciałem mieć posłuch, a mam pogłos…
Reszta towarzystwa, wolna od nałogu fotografowania, rozłaziła się po łodzi obserwując zachody słońca, czytając (i budząc się z książką na twarzy) popijając kawę z ekspresu i pogadując do siebie nawzajem. Wiktor już nawet nie udawał, że wypełnia logbook, bo jak zwykle robiła to za niego nie nurkująca Ewa;) Zresztą był tu z nami już 20 razy… Takie okazje, bale i lokale nie zdarzają się codziennie, więc żarliwie obchodzimy dwudziesty pobyt Wiktora i Ewy na safari z Nautiką, setne nurkowanie Zbyszka, urodziny Ewy, imieniny Janusza, a kiedy zabrakło pretekstu, to i trzysta trzecie nurkowanie Wojtka. Tańce odbyły się tylko raz, ale za to hucznie i długo;)

Magnesem tej trasy były zawsze poprzecinane korytarzami i pasażami nurkowiska Um Khararim, Malahi i Claudia. Tym razem jednak najbardziej zachwyciły wszystkich rafy Paradise i Abu Galawa Soraya. Cudowne koralowe ogrody były pełne większych i mniejszych stworzeń, idealnych do zastosowania obiektywów makro. Nasza ekipa wpadła w istny szał obserwatorski i plątała się po okolicy w tempie iście fotograficznym;) czyli baaaaaardzo powoli.

Czym różni się wróbelek? Nóżką, zwłaszcza lewą. A czym różniło się to safari od innych? Otóż wylądowaliśmy na bezludnej wyspie Siyul Island w pobliżu Marsa Alam. Doświadczenie polegające na spacerowaniu po gładkim piasku, obserwacji śladów przejazdu miniaturowym traktorkiem (czyli zawiłych krabowych ścieżek) oraz sesji zdjęciowej na pograniczu morza i lądu były niezwykłym przeżyciem.. A na koniec, już po zachodzie słońca, zjedliśmy dostarczone przez naszego kucharza ciepłe przekąski. Nie zdążyliśmy tym razem przejrzeć mangrowych zarośli w poszukiwaniu śmieci, ale na szczęście ekipa z innej łodzi zrobiła to za nas i pozostało nam zabrać wypełnione plastikiem worki na Hammerheada. Zamierzamy zapraszać was na każdym kolejnym safari na taką akcję!

Safari w liczbach:

  • Przybyło nam łącznie po 1 kg człowieka na osobę, kucharz nie brał jeńców ;).
  • Osiem razy nurkowaliśmy z pontonu, wywożeni na zawietrzną stronę rafy, aby spłynąć z prądem do łodzi.
  • Dwa razy spotkaliśmy longimanusy, które spacerowały między łodziami, nieszczególnie zainteresowane krwiożerczymi akcjami, o jakie wszyscy je podejrzewają.
  • Cztery razy spotkaliśmy konsumujące koralowce żółwie, wokół których snuły się pozostałości uczty w postaci długich glutów.
  • Dwa razy widzieliśmy delfiny.
  • A przy tym wszystkim mieliśmy na pokładzie czternastu fotografów podwodnych. Uff. Jest więc nadzieja, że już wkrótce zasypiemy was przepięknymi fotami…

Ponieważ w większości wylatywaliśmy późno w nocy, ostatni dzień spędziliśmy w resorcie hotelowym w Port Ghalib. Był to typowy snuj między restauracją, barami, plażą a basenem. Na sam koniec safari, taki jeden dzień all inclusive został bardzo pozytywnie odebrany przez całą ekipę. Z jednoczesnym zastrzeżeniem, że JEDEN. Bo jednak safari, z tym całym rozkołysem, zmęczeniem po 4 nurach, zarwanymi nocami, buczeniem generatorów i sykiem sprężarek… to jest właśnie TO. Już tęsknimy. Do zobaczenia kochani, oby jak najszybciej.

Zapraszamy na kolejne safari!

Zobacz naszą ofertę wyjazdów: trasy safari w Egipcie.

Udostępnij:

Masz pytania?

Skontaktuj się z nami. Z przyjemnością pomożemy wybrać wyjazd nurkowy idealny dla Ciebie!