Malediwy Hanifaru relacja z wyprawy
Hej!
Nie wiem, kiedy dokładnie wyprawa zamienia się w opowieść. Może wtedy, gdy człowiek wraca do domu. A może wtedy, gdy manty śmigają obok, jakby to była ich codzienna trasa do biura.
To będzie opowieść – nie tylko o nurkowaniu – także o tym, że przygoda zaczyna się tam, gdzie kończy się plan i zaczyna wkraczać natura.
Z raju w sztorm – Malediwy 2025
Pierwszy check dive jest zwykle bardziej o ludziach niż o rybach. Kto pływa z gracją, kto idzie na dno jak kamień bo wziął 12 kg balastu; kto nurkuje jak liść, a kto jak czołg. Zatem – wszystko zaczęło się jak zawsze – od pierwszego zanurzenia. Ocean był mętny od planktonu, jakby nie chciał od razu odkrywać kart. Pewnie dlatego, że trzymał asa w rękawie…
Po przypomnieniu znaków, standardów i briefingu zeszliśmy z macierzystej łodzi mieszkalnej na dhoni czyli na naszą łódź nurkową i ubraliśmy się w sprzęt. Skok!
Silky sharki przemknęły między nami jak duchy o srebrnych grzbietach, spokojne, pewne siebie. Pokolcowate, całe w neonowych błękitach zawirowały wokół, kiedy z głębi wynurzył się rekin byczy. Przypomniały nam się pewne sceny z „Gdzie jest Nemo”, tylko kompletnie bez uśmiechu..
A potem – dwa tygrysie. Ich ciała zdobiły smugi i blizny, historie mocno niepacyfistyczne, zapisane na skórze. Do tego szare rafowe, whitetipy – zgrabne, szybkie, niezależne. Nasza grupa płynęła razem, flankowana przez jednego przewodnika na czele, z drugim zabezpieczającym tyły. Emocje? Spore, zwłaszcza że to był check dive, w trakcie którego mieliśmy tylko ogarnąć ilość balastu i pływalność.
Następnego dnia – zmiana tonu. Spokojne rafy może nie rozpieszczały kolorami, ale biło z nich kłębiące się wokół nas życie. Żółwie zielone (Chelonia mydas) – od 50-centymetrowych młodzików po dostojne, ponad półtorametrowe matrony – żuły spokojnie pokarm, kompletnie nie zwracając na nas uwagi. Były też żółwie szylkretowe (Eretmochelys imbricata), z pancerzami jak mozaika z epoki bizantyjskiej.
W płytkich zatoczkach wisiały ławice plataxów. Wyglądały jak księżycowe tarcze, tańczące w zwolnionym tempie. A na półkach skalnych spały nurse sharki oddychając miarowo, nieporuszone, doskonały cel fotografów. Czasem jeden, czasem dwa. Oczy nieruchome, ale czujność – w każdym mięśniu.
W nocy przypłynął do światła wielorybi. Nieprawdopodobne widowisko, oglądane w ciszy i skupieniu, przerywane westchnieniami, kiedy rekin otwierał ogromny pysk i wciągał swój, gromadzący się w świetle reflektorów, posiłek. Byli tacy, którzy nie wytrzymali napięcia i zsunęli się do wody…
I wreszcie wpłynęliśmy do Atolu Baa, z drżeniem serca czekając na telefon od rangersów – czy manty przypłynęły na wielkie żerowanie do Zatoki Hanifaru. O 10:30 wiadomość wreszcie przyszła: w zatoce jest ponad 50 mant! Podniecenie sięgnęło zenitu. Niemal biegiem ruszyliśmy do dhoni. Aparaty fotograficzne ściskane w spoconych dłoniach, jeszcze tylko skok w zielonkawą, pełną planktonu toń i kręciliśmy się wokół własnej osi jak frygi, bo przecież manty mogły pojawić się z każdej strony! Widziałam delikatny błysk, coś białego falowało w odległości kilku metrów ode mnie, delikatnie podpłynęłam, i cóż za rozczarowanie – to tylko złożona z kilkunastu sztuk ławica sardynek drżała w smudze światła. Szukałam wzrokiem dalej. W górę i w dół. Nic. Prawie umarłam, kiedy nad moją głową pojawił się cień i wraz z pierwszą mantą rozpoczął się taniec tak spektakularny, że wstrzymywałam oddech, a ręce nie nadążały przesuwać aparatu za kolejnym, wyłaniającym się obiektem. Manty, falując, wynurzały się jak duchy z mgły planktonu i zataczając kręgi, błyskały białymi brzuchami, z których każdy zdobił inny wzór plamek – coś na podobieństwo linii papilarnych u ludzi. Jeden krąg, drugi, rozdęte skrzela łapały pokarm i manta znikała w głębi pode mną, a potem pojawiła się następna i już po trzy, cztery, dziesięć, kołowały wokół. Nie wiadomo gdzie patrzeć, gdzie filmować, gdzie się odwrócić, pełne oszołomienie! Jedna z nich przejechała mi po głowie, więc posłusznie zamarłam żeby jej nie dotknąć. Wyszliśmy z wody po godzinie – w euforii.
Następnego dnia nurkowanie z mantami kompletnie rozminęło się z uporządkowanym planem, zakładającym zejście na manta point i grzeczne czekanie. Po drodze spotkaliśmy łódkę i kołyszących się na wodzie snorkelerów. Wbijamy na imprezę ze swoimi butlami! Mant było ponad 100. Istne szaleństwo! Fotografowie dostali obsesji, żeby spróbować utrwalić choć część widowiska.
Co poza tym? Słońce – prawie bez przerwy, jakby niebo grało z nami w jednej drużynie; tylko dwa razy, dosłownie, mżawka – tak krótka, że aż trudno było ją zapamiętać. Do czasu…
Bo wtedy przyszła ta przedostatnia noc.
Burza. Próbowaliśmy płynąć w stronę Malé, ale musieliśmy zawrócić. Wiatr 6 w skali Beauforta. W tej decyzji była nadzieja, że uda nam się zawinąć do portu zanim wszystko jeszcze bardziej się rozhula.
Łódź kołysała się jak szalona. Deszcz padał poziomo. Pompa zęzowa odmówiła posłuszeństwa. Woda lała się z sufitów kajut. Rzeczy odpadały od ścian jak liście podczas cyklonu, więc wyciągnęliśmy kamizelki, zapakowaliśmy paszporty do podręcznych torebek. Przytuliliśmy się do materaców na górnym pokładzie, mokrzy i zmęczeni. Runęła z półek kuchnia. Dramanex, woda, ręczniki, słowa otuchy.
A wtedy – w poziomym deszczu i ciemności – pojawiła się policyjna motorówka. Przywieźli pompę. Wymiana pompy trwała dosłownie pół godziny. Co za wspaniałe wsparcie ze strony miejscowych służb!
Dotarliśmy do wyspy, znalazł się hotel dla tych, których kajuty zamieniły się w jacuzzi. Manager łodzi zszedł na ląd i załatwił dla wszystkich kolację. Miejscowa restauracja otworzyła podwoje o północy. Usiedliśmy i odetchnęliśmy.
A rano – jakby nigdy nic – byli tacy, którzy założyli pianki i ruszyli pod wodę. Nurse sharki czekały. W spokojnej zatoce przespaliśmy noc. A na następny dzień wszyscy, dzięki sprawnej akcji, dolecieli do Male. Wróciliśmy. Żadne słowa tego nie ogarną.
Przede wszystkim warto wspomnieć o uczestnikach wyprawy – to ICH dzielność w sztormie, energia, entuzjazm, pogoda ducha, wzajemna życzliwość i chęć uczenia się były na tym wyjeździe najcenniejsze. Wspaniała Załoga Ocean Sapphire zrobiła wszystko abyśmy czuli się bezpiecznie, wygodnie i na czas dolecieli do Male. Byli niesamowici!
Następne Malediwy Hanifaru w sierpniu 2027 !




















































